28 czerwca 2019
Upały na Biskupinie dają się we znaki.
Żar leje się z nieba! Niczym w Hydrozagadce - daję słowo! - taka spiekota w mieście to piekło. Tym gorsze, że w niedzielę nie wybierzemy się nad zalew.
Temperatury takie - przysięgam! - że zapomnieć idzie własnego imienia. A co ja pocznę, jeśli nie będę pamiętał, czym Lesław, czy nie? Czy w istocie będę Lesławem, jeśli zapomnę sobą być? Wszak jak bardzo sobą być można, nie mając pamięci imienia swego, czy siebie samego?
Skwar tak upiorny, że - nie kłamię! - przed chwilą po korytarzu przebiegła niemała gromadka wielbłądów - poszukując ujęcia bieżącej wody. Skąd wiem, że to wielbłądy były, zapytacie, skoro nie mam wykształcenia zoologicznego? To proste - powiedziały mi. Uprzejmie się przedstawiły z imienia i nazwiska, z gatunku również, powiedziały, że wody szukają i ukłoniły się na odchodnym.
Wspominały, co prawda, również, że są jakąś Fantą, czy Morganą, ale kto by tam wielbłądów słuchał?
W poszukiwaniu nie chłodu nawet, a ogólnikowo rzecz biorąc, możliwej do zaakceptowania spiekoty, przeszedłem się po kolejnych pokojach i korytarzach Ośrodka.
Każdy pokój, niczym w Lokomotywie Brzechwy - niby inny, niby z inną narracją, niby co innego symbolizujący - a jednak taki sam. Niby to Księgowość, niby Kadry, niby Marketing - a jednak zawsze ospali ludzie starający się schronić przed okrutnym słońcem, chowając się pod biurkami, tulący do serca ledwie działające wentylatory, tęsknie spoglądający na dającą z siebie wszystko klimatyzację...
Zdeterminowany, by odnaleźć schronienie, ruszyłem ku piwnicom Ośrodka. Niepomny na ostrzeżenia Kierownik Administracyjnej Bohunek (wystawiającej właśnie poidełka dla okolicznych psów, kotów, niedźwiedzi i sarenek), przekonany, że odrobina cienia i chłodu wpisana jest, jako obowiązkowe prawo każdego człowieka nadmienione w Konwencji Genewskiej, gotując się do walki o odrobinę wytchnienia od żaru, przemierzałem kolejne metry rozpalonej do temperatury topienia się cementu instytucji.
Nie doceniłem potęgi skwaru - bo czy żar załatwił mi udar, czy nadmierne oświetlenie wywołało odwodnienie - dość rzec, że idąc do piwnicy, minąłem Janusza Mariana, smażącego jajecznicę na podjeździe (bez użycia kuchenki - na gołym asfalcie), a ostatecznie wylądowałem na dachu budynku.
Jak taki objazd mi wyszedł - nie mam pojęcia, bo, co prawda ponoć było czterdzieści stopni, ale sto osiemdziesiąt, stąd pomylenie dwóch miejsc na przeciwległych końcach budynku na zawsze pozostanie tajemnicą tak w geograficznym, jak i geometrycznym sensie.
Na dachu zaś oczom mym zdumionym a zamglonym, ukazała się Renowacja Kurczepieczyńska, nasza graficzka, rozłożona na leżaczku - która nie czekając, aż przypomnę sobie o istnieniu języka w gębie, ku uszom mym zdziwionym a rozgrzanym wyrzekła, mózg mój otępiały a ciekawski wprawiając w zakłopotanie:
-A bo ja, panie kolego, opalam. Się tu.
Po czym uniosła bezalkoholowego drinka z palemką do ust i przeciągnęła się na pełnym słońcu, nic sobie z temperatury nie robiąc, a wręcz ją chłonąc całą swą postawą i przekonaniami.
...Zawsze podejrzewałem, że Renowacja więcej ma ze żmiją jadowitą wspólnego, z gadem zdradliwym, niźli z człowiekiem - bo kto to widział, tak się na słońcu wygrzewać...?
Światowid Na Poważnie Piątki W Światowidzie